Na tę płytę wpadłem zupełnie przypadkiem. Szukałem sobie jakiś tam kawałków Fisza na youtube i oto wpadłem na piosenkę o intrygującym tytule Dziób pingwina. Spodobała mi się niesamowicie i tym sposobem wszedłem wreszcie w posiadanie całego albumu Wojciecha Waglewskiego, Fisza i Emade zatytułowanego Męska Muzyka.Wojciecha Waglewskiego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać - lider grupy VooVoo, gitarzysta, miłośnik claptonowskiego stylu grania, jak sam twierdzi, tekściarz i wokalista. Wiedzą o tym prawie wszyscy (-: Jego dwóch synów poszło w zupełnie inną stronę: Fisz jest raperem a Emade zajmuje się produkcją albumów hip-hopowych (i nie tylko) oraz produkcją sampli, co, trzeba przyznać, idzie mu bardzo dobrze.
W większości kompozycji śpiewa i wiosłuje Waglewski, Fisz jest autorem tekstów a produkcją i podkładami pod gitarę zajmuje się Emade. Mogło ztego wyniknąć absolutne nieporozumienie albo płytka naprawdę genialna - i na szczęście stało się to drugie. Gitarowe zagrywki są w większości przypadków spokojne, ale sample nadają całości dynamikę a niekiedy i pazur. Teksty piosenek są błyskotliwe, zabawne i naprawdę poetyckie, żadne tam pitolenie o przysłowiowej dupie Maryny. Część utworów spokojnie buja, jak wspomniany Dziób pingwina, część jest dynamiczna, niemal hard-rockowa, część z kolei to pokręcone rytmy finalnie wychodzące jednak obronną ręką z całej gmatwaniny dźwięków.
Nie mam zamiaru opisywać Wam całej płytki: tego trzeba posłuchać i trzeba się w to wsłuchać, bo naprawdę warto - bo jest czego. Zasadniczo nie słucham zbyt wiele polskiej muzyki bo rażą mnie głupawe teksty, pseudopoetyckie metafory pisane po zbyt dużej ilości wódy, które tylko po dużej ilości wódy nabierają sensu i wówczas da się ich słuchać. Denerwuje mnie to, że niektórzy polscy artyści którzy mają przesłanie próbują na siłę wciskać jakieś komunały w swoich tekstach, jakby to była prawda objawiona, albo wręcz przeciwnie: piszą takie absurdalne bzdury że wszyscy zastanawiają się, czy to wielka sztuka, której nie są w stanie zrozumieć czy może jednak grafomańskie popisy marnych tekściarzy i alkoholików.
Dlatego między innymi cenię Fisza za jego świetne teksty: nigdy zbyt banalne i nigdy zbyt wyszukane - po prostu takie, jakie powinny być w dobrych piosenkach. To nie jest egzystencjalna poezja moralnego niepokoju, ale być nią nie musi - wystarczy się w to wsłuchać i od razu podświadomie wie się, że ten facet wie, o czym pisze i wie, co czuje kiedy to pisze. A jego słowa ubrane w głos Waglewskiego brzmią jeszcze lepiej. Bawcie się dobrze.


